Życie mamy i córeczki, moje poszukiwania dobra, hobby :

Coś dla ducha

niedziela, 18 stycznia 2015

 

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,134719,14903662,Ewa_Woydyllo_Osiatynska__Nie_odkladaj_pragnien_na.html

http://www.woydyllo.pl/

Z Ewą Woydyłło-Osiatyńską, psycholożką, terapeutką uzależnień, rozmawia Katarzyna Bielas

 

Wywiad cytowany za Gazetą Wyborczą….

Co by pani powiedziała sobie młodej?

- Powtórzyłabym to, co mówiła mi moja mama, która była mądrą matką. Wszystko się sprawdziło.

Czyli co?

- Żeby nie odkładać na później tego, czego pragnie się dziś. Pamiętam, że jako piętnastolatka strasznie chciałam mieć różowy telefon, wtedy nieosiągalny. I mama pozwoliła mi pomalować jeden aparat w domu na różowo. Wyszedł buraczany, ale to nieważne. Dotyczyło to oczywiście też spraw poważnych.

Mama uważała, że tego, czego pragnie się, mając 20 lat, potem można już wcale nie chcieć i będzie się miało lukę. Można było coś przeżyć, ale się nie przeżyło. Kiedy mi to mówiła, nie byłam na tyle dojrzała i odważna, żeby to do końca przyjąć, i prawdopodobnie kilka razy coś mi się wymknęło.

Na przykład?

- Nigdy nie pojechałam na autostop. Powstrzymywałam się od różnych pomysłów, nawet nie dlatego, że były tak trudne do zrealizowania, ale że nie wypadało. Po maturze wyjechałam ze Szczecina do Poznania studiować historię sztuki. Jako jedynaczka marzyłam, żeby pomieszkać z kilkoma koleżankami. Ale w nowym mieście nie miałam bliskich koleżanek. Wynajmowałam pokój sama. Nie mogłam mieszkać w akademiku, choć chciałam, bo mi się nie należał. Chodziło o to, że za dużo pieniędzy przypadało w rodzinie na głowę. Dziś myślę, że trzeba było wywiesić kartkę, że szukam współlokatorek. Powiedziałabym sobie młodej: "Nie traktuj przeszkód jako barier nie do pokonania".

Nie odkładaj realizacji pragnień, bo czas cię zmieni i przyjdą inne pragnienia?

- Tak jest choćby z podróżami.

Albo z książkami, których nie przeczyta się w porę.

- I filmami. Jeśli nie pójdę najpóźniej dwa dni po premierze, to tyle się nadowiaduję, że film przeważnie mnie rozczarowuje. Słyszę opinie, które paskudzą mi odbiór.

Zwiedzanie świata kiedyś było niemożliwe. Teraz, kiedy właściwie stale gdzieś jeżdżę i byłam w wielu miejscach, podróże mnie nudzą. Oprócz paru olśniewających miejsc na świecie wszystko przypomina mi przedmieścia Radomia (przepraszam Radom!). Nie mogłabym sobie młodej powiedzieć: "Powinnaś była wcześniej wyjeżdżać", bo kiedy dorastałam, było to bardzo trudne. Oczywiście znam osoby, którym udało się uciec z Polski albo wyjechać do rodziny, ale ja nie miałam rodziny za granicą, bo cała została podczas wojny wybita do nogi.

Pierwsze pani podróże nie były ciekawe?

- Były, ale miałam wtedy już dwadzieścia kilka lat, a mówię tu o okresie, kiedy budzi się ciekawość świata. Sobie tamtej powiedziałabym: "Może trzeba było jak twoje trzy koleżanki pojechać do Londynu i pracować jako opiekunka do dzieci albo pokojówka".

Ale ja należałam do pewnych ram - wychowanie, dom, przywiązanie do mamy, skrupulatny plan wykształcenia. Zrobienie roku przerwy nawet nie przyszłoby mi do głowy. Dziś powiedziałabym sobie: "Zrób sobie rok przerwy, albo dwa".

A propos książek, które w okresie szkoły średniej mnie fascynowały i były też rarytasem, bo się je zdobywało spod lady... Kiedy z wypiekami przybiegałam: "Mamo, jest w księgarni Gałczyński - albo >>Czarodziejska góra<<", mama mówiła: "Świetnie, ale jeśli chcesz mieć nową książkę, musisz jakąś starą oddać koleżance albo do biblioteki". Tej zasady nie mogłam kwestionować. Dotyczyło to też innych przedmiotów.

Skąd taka zasada?

- Mama miała swoje wojenne doświadczenia. Mówiła: "Pierwszy dom zniszczyła pierwsza wojna, drugi - druga, teraz mam trzeci. Nie chcę już przeżywać wydzierania z siebie przywiązania do miejsca wypełnionego przedmiotami". Ja takich doświadczeń nie miałam, ale szanuję mądrość, która z nich płynęła. Nie lubię gromadzić przedmiotów. Dziś oznacza to dla mnie, żeby nie mieć za dużo swetrów - bo w ilu naraz można chodzić? Obrastanie w tuziny powielających się rzeczy, bibelotów jest niezdrowe. Zabierają naszą energię.

Książka to nie jest zwykły przedmiot.

- Przedmiot, przedmiot, choć też żywa wartość, bo do niektórych się wraca, ale przeczytałam np. całego Mankella i po co mam go trzymać? Mam obok domu kawiarnię, mogę położyć tam książkę na parapecie i wziąć sobie inną. Ja przecież książek nie palę.

A książki w komputerze, na czytniku? Nie zajmują miejsca - też trzeba robić remanent?

- Myślę, że trzeba. Ja napisanych przez siebie tekstów nie przetrzymuję. Komputer czyszczę, sprzątam jak szafę. Bywa, że ponoszę koszty, ale to właściwy kierunek.

Czasem ktoś prosi mnie o artykuł, a ja myślę: "Przecież ja to już kiedyś pisałam...". Ostatnio o odpoczywaniu. Gdzieś odnalazłam zawieruszony tekst sprzed kilku lat. Czytam go, ale ja dziś jestem inna niż wtedy. Coś nowego wiem, coś przeżyłam.

Niedawno byłam w Nowym Jorku i poszłam na próbę do filharmonii, można kupować bilety za 5 dolarów, miejsca są nienumerowane. Usiadłam koło starszych osób, które robiły na drutach. Grali Strawińskiego, byłam zachwycona, w czasie przerwy rozmawiam z jedną z tych pań. Okazuje się, że bardzo ciężko przeżyła śmierć swojego psa czy kota i lekarz zalecił jej, szczególnie kiedy słucha muzyki, żeby dziergała. W ten sposób złagodzi swój sentymentalizm związany z żałobą, skupi się na dzierganiu, zamiast poddawać się depresji. Pomyślałam: może kiedyś użyję tego przykładu - odpoczynek traktowany jak terapia.

Coś jeszcze?

- Odpoczywaj, baw się, ale nie marnuj czasu.

Co to jest czas zmarnowany?

- To jest czas, w którym nic dobrego, ciekawego nie przeżywam. Zabawa z psem nie jest czasem zmarnowanym, ale bezmyślne zmienianie kanałów pilotem tak.

Wiele osób myśli, że marnuje czas, kiedy nie pracuje.

- Praca może być też marnowaniem czasu, taka, która nie rozwija. Oczywiście pracujemy, żeby zarobić, nie można szukać w pracy samych fajerwerków. Ale czasami w pracy wszystko samo się kręci, nie trzeba się starać, wysilać, a więc powinno być lepiej, a jest gorzej. Jeżeli praca daje zarobek, lecz nie przynosi satysfakcji, to człowiek ma poczucie, że się marnuje.

Ja sama kiedyś marnowałam sporo czasu, na przykład podczas studiów, dzisiaj żyję dużo bardziej aktywnie i twórczo.

Co się zmieniło?

- Jeszcze wcześniej, kiedy byłam w szkole, pisałam pamiętnik. Przejrzałam go kiedyś i zdałam sobie sprawę, że jest pełen rozpaczy, mimo że żyłam sobie wesoło, cieszyłam się, biegałam. Jednak kiedy zaczynałam pisać, to Werter, czeluść czarna, pusta. Dało mi to do myślenia. Przestałam w końcu prowadzić pamiętnik, ulegając modzie na to, że człowiek musi być nostalgiczny i skomplikowany. Oszczędziłabym sobie młodej nawet takich epizodów.

Teraz wybieram też sobie ludzi, z którymi się przyjaźnię, przebywam. Nie mogę słuchać, jak ktoś ciągle narzeka, marudzi, wampirzy. Kiedy byłam młoda przesadnie dbałam, żeby kogoś nie urazić, przyjmowałam zaproszenia na byle jakie imprezy. Wychodziłam z nich poczuciem kaca. Dziś powiedziałabym sobie, aby lepiej dobierać sobie towarzystwo.

Wzięłam do ręki książkę Masłowskiej "Wojna polsko-ruska...", hit. Po pięciu stronach uznałam, że to rzeczywiście wybuch talentu, wspaniałe ucho do języka, i na tych kilku stronach skończyłam.

Bo?

- Bo już wiem, że autorka umie pisać, ale tego języka nie chcę słuchać. Wiem, że tak rozmawia koleś z kolesiową, ale mnie na to szkoda czasu. Gdybym była krytykiem literackim i dostała to do recenzji, to co innego... Niedawno ktoś poprosił mnie o napisanie czegoś na okładkę książki, która, z powodu dosadności pewnych opisów, wzbudziła we mnie taki wstręt i dyskomfort, że po kilkunastu stronach nie mogłam już tego czytać.

Pokazuje przemoc?

- Powiedzmy. Nie będę czytać czegoś, co mnie napawa wstrętem, brzydzi. Bo co, ja nie wiem, że istnieją zbrodniarze? Wiem, ale po co mam to szczegółowo rozsupływać? A potem nie móc się z tego wydostać, nie jeść kilka dni, bo mi przed oczami stają straszne obrazy. Mogę spożytkować energię w mniej wstrząsający w sposób - ostatnio rysuję trzyletniemu wnuczkowi Ankerowi helikoptery, którymi się teraz pasjonuje.

Ma pani jeszcze jakieś rady?

- Pamiętam, jak mama mówiła, że nie wolno zajmować się w życiu tylko jedną rzeczą, np. tylko rodzeniem dzieci, domem. Zgadzam się z tym. Bo jeśli dziecko się wyprowadzi albo umrze, albo cię zostawi - przecież na świecie żyję, a nie na obłoczku - to co wtedy zrobisz, kim będziesz?

Mnie do głowy by nie przyszło, że mogłabym się nie kształcić, i to przy każdej możliwej okazji, do tej pory uczę się obcych języków, na psychologię poszłam, mając już dwa fakultety i 45 lat. Byliśmy wtedy z mężem w Stanach, mąż pracował, a ja się fatalnie czułam w roli housewife.

Myślę jeszcze o jednym: zajmuj się od najwcześniejszych lat sportem. Ja uprawiałam łyżwiarstwo, szermierkę, siatkówkę, pływanie... Dbaj o swoje ciało, bo może będzie ci musiało długo służyć.

Kim była pani mama?

- Była biologiem, w Wilnie pisała doktorat, ale wojna to przerwała. Tata, lekarz, zginął, potem okazało się, że w Starobielsku. Mama z powodu gruźlicy miała jedno płuco. Była nauczycielką, najczęściej uczyła dorosłych, wykładała m.in. w zerówkach, czyli szkołach, w których nadrabiało się edukację straconą przez wojnę. Kształciła też nauczycieli. Dostawała nagrody, ordery, miała duże zasługi. Urodziła mnie w wieku 38 lat, a więc nie była smarkulą.

Właściwie wszystko to, co tu mówię, myśląc o sobie młodej, a co przekazała mi mama, powiedziałam właśnie moim córkom z okazji ich urodzin. A kiedy myślę o tych podróżach, które może trochę za późno się wydarzyły, też mam w pamięci mamę. Bo gdybym wcześniej wyjeżdżała, może bym się rozproszyła, pogubiła albo została za granicą. Mniej bym z nią przebywała i może bez jej pomocy nie umiałabym swojej życiowej busoli tak dobrze nastawić.

 

sobota, 16 sierpnia 2014

Wspaniała książka dla dzieci

Abecadło

Godność   GODNOŚĆ

PRACA    PRACA

ODPOWIEDZIALNOŚĆ   

 ODPOWIEDZIALNOŚĆ

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8